sobota, 18 maja 2013

Kompozycja w fotografii kulinarnej


Kochani, zapraszam na kolejny, długo wyczekiwany post o fotografii kulinarnej. Dziś zajmiemy się kompozycją i perspektywą. Poza zdjęciami, które już się na blogu pojawiały przy różnych okazjach, jest kilka debiutujących, stworzonych specjalnie do tego wpisu. Moim wdzięcznym modelem o pięknym kolorze był koktajl bananowo - owocowy :)

Zacznijmy od kompozycji, czyli od ułożenia elementów, które mają znaleźć się na zdjęciu. Kompozycja jest bardzo istotna, bo to od nie w dużej mierze zależy odbiór zdjęcia i to, czy jest ono przyjemne dla oka. Komponować można oczywiście na różne sposoby.  

Kompozycja prosta

Mam tu na myśli taką kompozycję, gdzie poza głównym elementem, czyli naszą potrawą, nie ma innych lub jest ich bardzo niewiele.
Na tym zdjęciu gorącej czekolady mamy właśnie taki przykład. Poza głównym tematem, czyli kubkiem z gorącą czekoladą, jedynymi elementami są łyżeczka i podkładka. Taka kompozycja daje wrażenie czystości, czytelności i nie odwraca uwagi od głównego elementu zdjęcia. Zastanawiając sie nad tym jak skomponować zdjęcie zawsze myślę najpierw o potrawie. Jeśli sama w sobie jest bardzo kolorowa i różnorodna, lub po prostu wygląda naprawdę apetycznie, zazwyczaj wtedy decyduję się właśnie na prostą kompozycję bez zbędnych dodatków.
Podobnie było z tą miseczką owoców, które same w sobie stanowiły niezwykle fotogeniczną całość. Dodatki i rekwizyty w tle mogłyby niepotrzebnie odwracać od nich uwagę.

czwartek, 16 maja 2013

Ostre naleśniki z farszem ziemniaczanym



Dziś znów będzie szybko i na temat. Terminy gonią mnie niemiłosiernie, ale tak to jest jak się człowiek tyle czasu opiernicza. Potem trzeba nadrabiać, a jak już się sprawy zwalą to zazwyczaj wszystkie na raz :)
Kolejny przepis Gordona z "Ultimate Cookery Course" - naleśniki z ziemniaczanym farszem. Całkiem smaczne, choć przyznam, że spodziewałam się czegoś bardziej pikantnego. W każdym razie, na pewno warto wypróbować jeśli lubicie orientalną kuchnię :) 

wtorek, 14 maja 2013

Wspólny wyjazd do Toskanii. Szukam chętnych :)

źródło: Flickr

Moi Drodzy,

Dziś chciałabym Was prosić o pomoc. Od wielu lat marzy mi się podróż do Toskanii. Do tej pory pozostawała w sferze marzeń, ale pomyślałam sobie, że jak nie teraz to kiedy :) Trzeba spełniać swoje marzenia.

Chcę więc wykorzystać mój blog, żeby znaleźć kogoś, kto chciałby pojechać ze mną. Szukam osoby (wiek, płeć itp. nieważne), która tak jak ja marzy o Toskanii i chciałaby ją zobaczyć w najbliższym czasie. Nie planuję wycieczki z biurem podróży. Zależy mi bardziej na poczuciu atmosfery małego, toskańskiego miasteczka bez tłumów turystów. Oczywiście, wycieczka np. do Florencji też może znaleźć się w planach :) Chodzi mi przede wszystkim o to, że nie szukam szalonego zwiedzania, ale spokoju, odpoczynku i kameralnej atmosfery.

Wszystkie szczegóły dotyczące wyjazdu są jak najbardziej do ustalenia, również termin. Myślałam o skorzystaniu z oferty strony www.toskania.org.pl, za pośrednictwem której można wynająć małe mieszkanko w Toskanii. Kilka już mnie urzekło :)

Nie będę się więcej rozpisywać. Zainteresowane osoby proszę o kontakt, będziemy rozmawiać i ustalać :) Jeśli ktoś z Was jest chętny lub znacie kogoś, kto mógłby być zainteresowany dajcie znać. Jeśli możecie, pytajcie wśród znajomych. Skontaktować się ze mną można oczywiście pod adresem moderntasteblog@gmail.com. 

sobota, 11 maja 2013

Aniołek

Little Angel Cake
Scroll down for recipe in English

Czuję się trochę winna, że nie mam dzisiaj dla Was kolejnego wpisu o fotografii. Przyznam się bez bicia, że nie jest jeszcze gotowy. Miałam dość trudny tydzień, a poza tym muszę niestety poświęcić więcej czasu magisterce. Szkoda, bo myślałam, że uda mi się w każdą sobotę coś dla Was napisać. Obiecuję, że post o kompozycji pojawi się już niedługo, wczoraj zaczęłam nad nim pracować.
Tym czasem na pocieszenie nieśmiało niosę kawałek ciasta. Ciasto to nie byle jakie, bo jedno z moich ulubionych. Dlaczego nazywa się Aniołek? Nie wiem. Może dlatego, że jest niezwykle delikatne i dosłownie rozpływa sie w ustach :) Przepis i zdjęcia jeszcze z okolic Wielkanocy. Jakoś się zapodziały w całym tym bałaganie, ale nareszcie przyszedł ich czas.
Z Aniołkiem jest trochę pracy, głównie przy pieczeniu blatów. Ale gwarantuję, że smak to wynagradza. W oryginalnym przepisie, który moja mama dostała od swojej koleżanki dodawało się cukier waniliowy. Zdecydowanie polecam jednak dać laskę wanilii, będzie smakować cudownie. Dekoracja ciasta jest dowolna. To, co widzicie to moja radosna twórczość, która wiązała się z zachlapaniem siebie i wszystkiego w około czekoladą :)
Ciasto najlepiej smakuje na drugi lub trzeci dzień, gdy blaty zmiękną. Polecam spróbować, zanim na dobre zatopimy się w letnie ciasta z owocami.  

środa, 8 maja 2013

Tort chałwowo-orzechowy


Bardzo długo zastanawiałam się na jaki tort zdecydować się na moje urodziny. Pomysł z chałwowym miałam już w głowie od jakiegoś czasu, ale miałam też wielką ochotę na udział mojego ukochanego kremu orzechowego. Połączyłam więc chałwę z orzechami. Duet z nich niezwykle zgrany, doprawiony jeszcze odrobiną kwaskowatości dżemu wiśniowego. Moim zdaniem tort nie był za słodki, ale ja ostatnio zjadam zdecydowanie za dużo chałwy, więc mój ogląd może być nieco spaczony :) 

Krem chałwowy był nieco improwizowany. Zdarzyło się coś czego zupełnie się nie spodziewałam. Po upieczeniu biszkoptów pojechałam sobie na zakupy po resztę potrzebnych składników i w sklepie spotkała mnie niemiła niespodzianka. Pominę już milczeniem te tłumy ludzi. Był 4 maja, jeszcze długi weekend. Nie wiem, może przez 1 dzień świąteczny wszyscy wyjedli swoje zapasy :) W każdym razie, chcąc jak najszybciej wyjść, slalomem między wózkami i koszami przedostałam się do miejsca, gdzie zawsze znajduję mascarpone. Tym razem go nie znalazłam, chyba na majówkę wszystkim był potrzebny. Ani jedno opakowanie się nie ostało. Dla jasności, w moim małym miasteczku mascarpone można kupić tylko w jednym sklepie. Jechać 15 km do Lublina po dwa opakowania serka? Chyba nie. Nawet naszą super nową ekspresówką :)
Także krem musiałam na szybko zaimprowizować. Pomysł zrobienia go na samym maśle odpadł, bo to już by było dla mojego serca i układu krążenia za dużo. Podło na budyń. Było trochę lżej, ale też mniej stabilnie. Pół godziny ten tort składałam, żeby był równy a chybotliwa masa budyniowa wcale w tym nie pomagała. Ale ostatecznie jestem zadowolona, trochę go wyprostowałam po kilku godzinach pobytu w lodówce. 

sobota, 4 maja 2013

Światło w fotografii kulinarnej


Witam Was serdecznie
Po wstępnych postach dziś nareszcie zajmiemy się sprawami poważnymi, a może nawet najważniejszymi, bo mowa będzie o świetle, czyli tym, co w fotografii jest tak naprawdę najważniejsze. Światło to temat rzeka, którego my dzisiaj tylko dotkniemy. Postaram się napisać trochę o świetle od strony praktycznej, czyli jak można je efektywnie wykorzystać w fotografii kulinarnej. Zastanowimy się czy istnieje jeden rodzaj światła najodpowiedniejszy do fotografowania jedzenia, czy zdjęcia przepalone lub niedoświetlone są zawsze złe i jak można dostosować światło jakim dysponujemy do naszych celów. Wybaczcie mi też gadulstwo, ale naprawdę ciężko jest zmieścić wszystko co chciałabym o świetle napisać w jednym poście o rozsądnej długości :)
Do moich zdjęć wykorzystuję jedynie światło naturalne, więc tylko o takim będę pisać.

wtorek, 30 kwietnia 2013

Rustykalna szarlotka z rozmarynem

Rosemary apple cake
Scroll down for recipe in English

Przychodzi taki czas, że trzeba zrobić coś dla siebie. Coś dobrego, co paradoksalnie nie zawsze jest łatwe i przyjemne, ale co daje poczucie, że idziemy we właściwym kierunku. Ktoś mądry powiedział mi niedawno, że inwestowanie w siebie i przede wszystkim słuchanie siebie nigdy nie jest stratą czasu i energii.
Bywają dni, kiedy musimy być dla siebie dobrzy, zatroszczyć się i zaopiekować sobą. Gdy przychodzi taki dzień wiele rzeczy wydaje się zbyt trudnych, by w ogóle spróbować się ich podjąć. Ciało i umysł zdają się zapadać w otępienie i za nic nie chcą wziąć się do roboty.
W takie dni lubię odpuścić wszystko, na myśl o czym mój organizm reaguje sprzeciwem. Daje sobie wolne i słucham swojego wewnętrznego głosu. Na co dzień trudno go usłyszeć. Ginie gdzieś pod natłokiem spraw do zrobienia na już. Gdy pozwalam mu przemówić słyszę zazwyczaj, że ważne jest to, co sprawia mi przyjemność. To nie musi być nic wielkiego, zwykłe, małe przyjemności są dużo cenniejsze. 

sobota, 27 kwietnia 2013

Rekwizyty w fotografii kulinarnej. Co i skąd brać.

Moje deski
Dzisiaj chciałabym poruszyć temat rekwizytów, czyli tego co trzeba mieć, żeby nasze zdjęcia były ciekawe i różnorodne. W planach miałam zacząć już pisać o sprawach najważniejszych, czyli o świetle, kompozycji itp., ale brak czasu w ostatnich dniach i moje kiepskie samopoczucie spowodowały, że dziś jeszcze będzie o takiej może nieco pobocznej sprawie, chociaż w moim odczuciu także bardzo ważnej.
Każdy, kto zajmuje się fotografowaniem jedzenia, nawet całkowicie amatorsko wie, że dodatki są niezwykle ważne i potrafią pomóc stworzyć na zdjęciu odpowiedni nastrój. I tu pojawia się problem, skąd takie dodatki brać?
Początkujący zbieracze dodatków zazdroszczą tym, którzy mają już pokaźne kolekcje. Z dodatkami jest tak, jak ze wszystkim, nie da się ich kupić za jednym razem. To tak jak budowanie kolekcji dzieł sztuki, czasami zajmuje to całe lata i może się nawet nigdy nie kończyć. Pozwólcie, że znów podeprę się swoim przykładem. Marzy mi się ogromny zbiór przeróżnych rekwizytów, najlepiej cały składzik przeznaczony tylko na to, ale wiem, że taką ilość przydasiów (bardzo fajne słowo) fotograficznych zbiera się latami. Zaczynając fotografować jedzenie mamy zazwyczaj do dyspozycji to, co już posiadamy na wyposażeniu naszej kuchni i jadalni. W miarę pogłębiania się pasji fotograficznej zaczyna się coraz bardziej intensywne zbieranie. Trzeba też szczerze powiedzieć, że dodatki mają tendencję do niekontrolowanego rozrastania się i zajmowanie coraz to więcej miejsca :)
Moje przydasie fotograficzne zajmują obecnie całą dużą szufladę w kuchni i mówię tu tylko o wszelkiej maści naczyniach przeznaczonych wyłącznie do zdjęć. Zdarza mi się także używać naczyń, dodatków itp., których na co dzień lub od święta używamy. Do zdjęć wykorzystuję też inne rzeczy, stare blachy, tace, książki, akcesoria kuchenne, ale też różne dziwne rzeczy, których pierwotnego przeznaczenia nie znam, ale są ładne i nadają się do urzeczywistnienia mojej wizji :) 

piątek, 26 kwietnia 2013

Dreszczowiec z sufletem w roli głównej

St Clement's souffle
Scroll down for recipe in English

Scena pierwsza. W niedzielny poranek, to dla mnie znaczy tak ok. 10,  schodzę na dół do kuchni. Pod pachą niosę księgę mądrości Gordona Ramsay'a, która ma mi pomóc w przygotowaniu mojego pierwszego sufletu. Kładę ją na stolę, znajduję odpowiednią stronę. Przepis już znam, czytałam go dokładnie poprzedniego dnia. Poza tym oglądałam film jak to Gordon suflet zaleca robić, więc czuję się dość pewnie. W końcu nie taki suflet straszny...
Szybko przebiegam wzrokiem po liście składników i zaczynam robić bazę. Mleko, śmietanka, żółtka. Wszystko według planu. Mieszam i mieszam żółtka z cukrem. Idzie trochę ciężko, ale idzie. Gotuję bazę. Wszystko jak z obrazka. Żółciutka, kremowa, żadnych grudek. Ideał.
Jestem zadowolona. Odstawiam masę do ostygnięcia i siadam nad książką, żeby raz jeszcze ogarnąć kolejne kroki. Czytam i coś mi się nie zgadza. Ubić białka z cukrem? Rzut oka na listę składników. Jest cukier, ale przecież poszedł do żółtek. Innego nie ma. Czując się lekko zagubiona i skonsternowana zaczynam czytać przepis od początku. Dwie linijki tekstu i już widzę co jest grane. Nie jest dobrze. Jak wół stoi, żeby żółtka utrzeć z połową cukru. 

wtorek, 23 kwietnia 2013

Pancakes, masło orzechowe i plan naprawczy na wiosnę

Peanut butter pancakes
Scroll down for recipe in English

Pancakes, pancakes, znowu pancakes. Poważniejsze gotowanie i pieczenie chwilowo ograniczyłam do minimum, ale tylko chwilowo, i zajmuję się tym głównie w weekendy. Wiosna (lato?) na za oknem, w głowie mam trochę fajnych pomysłów kulinarnych i fotograficznych, ale nie mogę już dłużej udawać, że nie słyszę żałosnego zawodzenia mojej porzuconej i opuszczonej pracy magisterskiej :)
Ostatnio koleżanka zapytała mnie jak znajduję czas na prowadzenie bloga, pisanie pracy magisterskiej i treningi 5 razy w tygodniu. Powiedziałam jej, że po prostu skupiam się na tym i nie marnuję czasu na rzeczy inne, takie jak np. bezmyślne siedzenie przed telewizorem. Prawda jest jednak taka, że w dużej mierze wszystko to odbywa się trochę kosztem mojej magisterki. Oczywiście, nie zamierzam blogowania rzucić, zmniejszyć czy coś z tych rzeczy. Absolutnie nie :) Wdrożyłam już mój nowy plan naprawczy, bo takie plany na wiosnę to ja bardzo lubię robić. Także zamierzam się mocno skoncentrować, zorganizować i ze wszystkim się wyrobić. Mam jeszcze w zanadrzu kilka ciekawych przepisów, więc żadnej przerwy czy przestoju na blogu nie będzie. Co najwyżej mogą się pojawić drobne, kosmetyczne zmiany w ramach wiosennych porządków :)
A tak poza tym to nareszcie czuję jak fajnie jest pisać o blogach kulinarnych. Weekend spędziłam na tworzeniu strukturalnego opisu bloga kulinarnego, co w dużej mierze wiązało się z przeszukiwaniem blogów w poszukiwaniu przykładów np. różnych rodzajów tytułów postów (wyróżniłam aż 5), czy zastanawianiu się z jakich to części składa się typowy post na blogu kulinarnym. To sprawa bardziej skomplikowana niż się wydaje, ale też bardzo ciekawa. Także pozdrawiam blogerów kulinarnych, mój materiał badawczy :)